15 września

MOJA PIERWSZA PRACA - Jak to się zaczęło? Co robiłam? Czego się nauczyłam?

Wszystko, co dobre lubi szybko się kończyć. Ale w sumie nie tylko to, co dobre, ale też to, co myślisz, że jest słabe, a okazuje się być właśnie teraz tobie najpotrzebniejsze, lubi się szybko kończyć. Czasami może nawet za szybko.
O czym ja znowu?


A no o pracy, bo jeszcze niedawno pełna obaw i ekscytacji z dwoma ogromnymi walizkami zmierzałam nad morze, do Łeby, do mojej wakacyjnej pracy. A tu nagle siedzę w domu. Walizki gdzieś w kącie, jeszcze dzisiaj nie zamierzam zabierać się za ich rozpakowywanie i ogólnie jakaś radosna melancholia podbija teraz moje serce. 

No to spróbuję – myślę sobie – spróbuję napisać jakieś małe podsumowanie mojej pierwszej pracy. Jak to się wszystko zaczęło? Jak wyglądała moja praca? Czego się nauczyłam? Co mi to dało? 

Z góry uprzedzam, ale nie ma tutaj miejsca na obiektywizm. Będzie subiektywnie i jeżeli kogoś (o zgrozo!) zachęcę do wakacyjnej pracy to „co złego, to nie ja”.

Wakacyjna praca, czyli jak to się wszystko zaczęło?

Jakoś w kwietniu, kiedy powinnam zajmować się nauką do matury, postanowiłam, że poszukam sobie pracy na wakacje. Bo wiesz, matura za kilkanaście dni, więc w sumie czemu nie? (Tak, to się nazywa prokrastynacja!)

Nie po drodze mi było ze sklepami z odzieżą i kawiarniami, więc musiałam wymyśleć coś zupełnie innego. ANIMACJA! Oto znalazłam rozwiązanie mojej zagwozdki. Zrobiłam odpowiedni kurs. I… już! Stałam się certyfikowanym animatorem czasu wolnego. To było naprawdę proste. Gorzej było z wysyłaniem CV i oczekiwaniem na telefon od potencjalnych pracodawców. Owszem, kilku do mnie oddzwoniło. Kilku oferowało mi całkiem przyzwoite stawki. Kogoś musiałam wreszcie wybrać. Kogoś wybrałam.

Po maturach uczyłam się nowych tańców animacyjnych. Chodziłam na zumbę jedną, drugą, latino solo. Brałam też udział w zajęciach na basenie, na których średnia wieku wynosiła 60 lat. I to tylko dzięki temu, że skutecznie ją zaniżałam. Po prostu przygotowywałam się do tego, żeby być dobrym animatorem. I chyba byłam, ale o tym za chwilę.

Co musiałam robić jako animator czasu wolnego?

O 8.15 prowadziłam „Poranny trening na dobry dzień”. O godzinie 12.00 zawsze były zajęcia na basenie – Aqua Dance. Po południu tańce animacyjne dla dzieci, tańce dla dorosłych, turnieje piłki nożnej, bule. Do tego wieczorem morski slalom gigant, turnieje siatkówki plażowej, badmintona czy tenisa stołowego. Albo kijki nad morze, na zachód słońca. I tak w kółko, dzień za dniem. – No dobra, prawie w kółko, bo soboty przecież miałam wolne. Czyli, upraszczając, ćwiczyłam z ludźmi lub towarzyszyłam ludziom uprawiającym sporty, kilka razy dziennie.

Dzisiaj mówię bardzo skrótowo, jak to wyglądało. A może kiedy indziej zgłębimy tajniki animacji w ośrodkach wypoczynkowych w Polsce.

Czego się nauczyłam?

Samodzielności.

Pisałam już o tym we wpisie o odważnych decyzjach. O tym, że jestem życiowym tchórzem, a może mówiąc ładniej, introwertykiem, który lubi przebywać w znanym przez siebie otoczeniu. Ale mimo, że lubię swój dom i tak naprawdę to mogłabym nie wychodzić spod mojego ciepłego kocyka i bez opuszczania ukochanego laptopa, to zdarza mi się robić coś totalnie nie w moim stylu.

Ta praca była nie w moim stylu. Bo ja nie spędzam poza domem dłużej niż kilkanaście dni. Bo ja nie nie widzę się z rodziną i znajomymi dłużej niż kilkanaście dni. A teraz wytrzymałam bez rodziny, znajomych i bez brania prysznica bez klapek basenowych ponad dwa miesiące.

Sezonowa praca naprawdę dużo dobrego zrobiła dla mojej psychiki. Dla mojego rozumienia świata. Dla mojego dorastania. Piszę ogólnikowo, że nauczyła mnie samodzielności i odpowiedzialności, ale tu chodzi o coś głębszego, o drugie dno, o którym, wybacz, ale wyjątkowo nie chcę pisać, bo jest to zbyt osobiste.

Tego, że chcę w życiu robić to, co lubię.

Moja praca – nie bójmy się tego przyznać! – była naprawdę przyjemna. Szczególnie wtedy, gdy przez cały turnus padał deszcz i większość moich zajęć była odwoływana z powodu beznadziejnych warunków atmosferycznych. Jednak ta z pozoru przyjemna praca uświadomiła mi, że ja chcę robić w życiu to, co naprawdę kocham. Co więcej, chcę to robić w sposób, w który ja chcę robić. A nie tak jak sugeruje mi menadżer czy właściciel.

Robienie tego, co się kocha w życiu. Bycie sobie samym szefem. – To takie dwa, całkiem spore cele, które dodaję do mojej listy lifegoalów.

Bo wiesz, o ile tańczenie z maluchami czy prowadzenie zajęć na basenie nie stanowiło dla mnie żadnej trudności. O ile sama – z reguły – świetnie się na tych zajęciach bawiłam wykrzykując całkiem zabawne głupoty przez mikrofon zachęcając ludzi do aktywnego uczestnictwa w zajęciach, o tyle przygotowywanie turniejów i sędziowanie podczas ping ponga stanowiło dla mnie naprawdę spore wyzwanie. I serio tych zajęć nie cierpiałam. A miałam je codziennie, dlatego pojawiała się frustracja, zniechęcenie i ogólne rozdrażnienie. No bo ile można musieć robić rzeczy, za którymi nie przepadamy? Ja wytrzymałam 2 i ½ miesiąca i więcej chyba bym nie dała rady.

Pokory.

Długo nie potrafiłam zrozumieć w mojej pracy, że ja tam jestem dla gości. To znaczy, że nie ma mi być przyjemnie, tylko oni mają spędzać przyjemny czas. Bo oni za to płacą, żeby było im magicznie, słonecznie i tak jak chcą.

Tylko niektórzy naprawdę bardzo mnie irytowali swoim zachowaniem. Potrafili czepiać się wszystkiego i doszukiwać się błędów tam, gdzie ich nie ma. Albo wyjeżdżając napisać nieprzyjemną ankietę na mój temat.

Tylko najgorsze było to, że ty w tym wszystkim musisz się uśmiechać, pokornie wysłuchiwać, przytakiwać, mówić swoje zdanie, ale w sposób niezwykle grzeczny. No musisz być profesjonalistą. – Pokornym animatorem. I mieć twardy tyłek, żeby to wszystko, co ludzie o tobie, na ciebie i tobie gadają, spływało po tobie jak deszcz po betonie.

Rzeczywiście, później nie robiło już to na mnie żadnego wrażenia i śmiało śpiewałam piosenkę Taco Hemingweya.

Tego, jak prowadzić small – talks.

W mojej pracy miałam bezpośredni kontakt z drugim człowiekiem. Czasami aż nazbyt bliski. Zdarzało się, że na moich zajęciach nordic walking była tylko jedna kobieta, a przed nami trzykilometrowa droga do pokonania. I spróbuj tu nie zamienić z nią słowa. Nie da się!

Dlatego grzecznie pytasz o jej życie, wypytujesz o dzieci, słuchasz tego, jak z ogromnymi emocjami opowiada i mówisz naprawdę mało o sobie. To taki klucz do całkiem przyjemnych rozmów z drugim, nowo poznanym człowiekiem – słuchaj, zadawaj pytania i szczerze się uśmiechaj.

Czy żałuję, że spędziłam całe lato w pracy?

Żałowałam, miałam poczucie marnowania czasu i ogólnej beznadziei. Aż w końcu ogarnęłam, że ta wakacyjna praca była mi po prostu potrzebna. Nie ze względu na pieniądze, ale na bagaż doświadczenia, jaki z Łeby ze sobą przywiozłam.

Jeżeli ktoś zastanawia się, jak miło spędzić wakacje po maturze – nauczyć się czegoś nowego, spędzać czas z całkiem fajnymi ludźmi, zabawiać ich żartami, uprawiać sporty, opalać się na brązowo i jeszcze dostawać za to pieniądze – to animacja jest dobrą odpowiedzią. 


(: Kolejny wpis już w najbliższy wtorek, 19 września. Nie daj się prosić! :)


Zdjęcie: Holiday Park

|| FACEBOOK || INSTAGRAM || YOUTUBE ||

4 komentarze:

  1. Przez sam wpis roznosisz tak niesamowity optymizm, że czytająć go, zapragnęłam być na wakacjach z Tobą jako animatorką :D Co do samej treści - zgadzam się. Moje praktyki zawodowe, które odbyłam w tym roku, również wiele mnie nauczyły i dały potężny bagaż doświadczenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Karolina, może nam się kiedyś uda pracować razem w animacji, no w sumie czemu by nie? :) Trzeba próbować nowych rzeczy i wynosić z nich bagaż wiedzy! :)

      Usuń
  2. Moją pierwszą pracą było mycie szyb na stacji benzynowej i choć nie była to bardzo lekka praca, ciepło ją wspominam. Gratuluję wytrwałości przez całe wakacje! [Maja]

    OdpowiedzUsuń

TOP